Konstelacje

Konstelacje

sobota, 15 października 2016

Rozdział Pierwszy

Wyobraź sobie czarną dziurę i nic poza nią.
Tak wcześniej wyglądało moje życie. Ciemność i nie wiedza. Ale w tym momencie czarna dziura jest pełna liczb rozjaśnień i spekulacji. Nic w życiu nie da się zaplanować. Zawsze coś może pójść w odwrotną stronę niż byśmy tego chcieli.Lecz mimo wszystko wierzę, że to wszystko ma jakiś sens. Każdy ból, każda łza, każde szczęście, a wiesz czemu? Bo los każdego człowieka jest zapisany w gwiazdach, a one podczas naszego życia - nie gasną.


                                                                        ~***~

Obudził mnie dźwięk budzika. Godzina siódma rano. Wakacje. Za co mnie tak świat nienawidzi? Wygramoliłam się z łóżka i podniosłam rolety. Światło słońca, oślepiło mnie na chwilę. Otworzyłam okno i skierowałam się do drzwi przy okazji omijając ubrania rozrzucone na ziemi. Cała ja.
- Aria? - usłyszałam z dołu głos mamy - wstałaś już?
- Tak - odkrzyknęłam - zaraz zejdę!
Skierowałam się do łazienki i odbyłam poranną toaletę. Splotłam włosy w grubego warkocza i zeszłam na dół do kuchni.
Zastałam mamę siedzącą na krześle i czytającą gazetę. Czemu ona zawsze musi wyglądać tak świetnie? Włosy miała upięte w wysoki kok i ubrana była w jeansy oraz zieloną marynarkę. To po niej odziedziczyłam swoje długie blond włosy no i... na moja nieszczęście kobiecą figurę. Jedyne co wyciągnęłam z taty to oczy w kolorze zieleni.
- Gdzie tata? Czy nie powinniśmy zacząć szykować się do drogi? - otworzyłam lodówkę.
- Musiał wyjść coś załatwić skarbie, bo - przerwała na chwilę i zaczęła miętolić gazetę - plany trochę się pozmieniały.
- To znaczy? - odgryzłam kawałek parówki - w jakim sensie?
- Cóż słońce pogadamy jak tata wróci.
Zaczęłam podejrzliwie się na nią patrzeć. Coś jest nie tak. Czułam to w kościach. Usiadłam na przeciw niej i skarciłam ją wzrokiem. Zbyt dobrze znam ich numery.
- Tylko mi nie mów, że..
- Jestem już! - krzyknął tata, zamykając drzwi - załatwiłem jej wszystko, bilet oraz rozmawiałem z Arnoldem i z chęcią - wszedł do kuchni i mnie zauważył - ją przyjmie.
- No witaj tato - odchrząknęłam - powiecie mi co tu się wyprawia? Jaki bilet? Co ma do tego wujek Arnold?
Tata poluzował krawat i spojrzał się na mnie tak, jakby przed chwilą zabił mojego psa i go pochował.
- Na mnie się nie patrz - powiedziała mu mama.
- Słuchaj Aria - usiadł obok mnie, jakbym była pracownikiem, którego musi zwolnić - dostałem dzisiaj ważny telefon i niestety nie możesz z nami jechać do tych Chin.
Patrzyli się na mnie i czekali na jakąkolwiek reakcję. Ale ja nie miałam zamiaru się wkurzać. Byłam tylko po raz milionowy bardzo rozczarowana. Siedziałam cicho i czekałam na ich kolejny ruch.
- Ale - zaczęła mama - możesz za to pojechać do wuja Arnolda do Fallen Foals, wszystko jest już załatwione.
- Brzmi... świetnie - syknęłam.
Rodzice jęknęli. Czasami miałam wrażenie, że jestem bardziej dojrzała od nich.
- Aria naprawdę Cię przepraszamy, ale to ważny kontrakt i serio nie możemy tego zawalić - mama złapała mnie za rękę, a ja zabrałam ją ze stołu.
Powoli wstałam, nalałam sobie szklanki wody.
- Oh nie musicie mnie przepraszać, już dawno przyzwyczaiłam się, że firma jest najważniejsza. Po prostu po raz kolejny... rozczarowaliście mnie - wyszłam z kuchni - A! I nie zapomnijcie przywieźć mi kubka! - krzyknęłam i poszłam do swojego pokoju.
Co miałam innego w tej sytuacji zrobić? Miałam skakać ze szczęścia? Nigdy. Mieliśmy razem zwiedzić Chiny, a za to zostanę wysłana do dziury na mapie.
W każdej sytuacji staram się widzieć plusy, ale z biegiem czasu staje się to coraz trudniejsze. Na pewno jest jeden, duży plus. Ucieknę od nich, od zgiełku i miasta.. odetchnę. No powiedzmy.
Wyciągnęłam walizkę z pod łóżka i wszystko z niej wyrzuciłam (była spakowana na podróż do Chin). Musiałam od początku się spakować, a zaczęłam od szarych dresów, kilku bluz z nazwami uniwerków (na które pewnie się nie dostanę) i za luźnych koszulek. Nie zamierzałam się stroić, o nie. Czas na odpoczynek. Ale mimo tego wrzuciłam czarne, niebieskie jeansy, niektóre z dziurami na kolanach, normalne koszulki, bikini i normalny strój kąpielowy. Na drzwiach wisiała ciemno-granatowa, przylegająca sukienka i też postanowiłam ją wziąć (no i parę innych). Nic mi nie zepsuje tego wyjazdu. Dopchałam jeszcze bieliznę, kosmetyki, parę par butów i vala. Walizka spakowana.
Do plecaka wepchnęłam parę książek do czytania, chemię, zeszyt do rysowania i skoroszyt, w którym zapisywałam wszystko.
Portfel, ładowarki i inne pierdoły wsadziłam do torebki.
 Zajęło mi to piętnaście minut. Rekord. Stwierdziłam, że nie ma czasu do stracenia. Wciągnęłam na siebie czarne jeansy, ubrałam białą koszulkę na ramiączkach i pomalowałam oczy tuszem.
Przed wyjściem z pokoju szybko wbiłam w telefon nazwę tego miasta. Ku mojemu zaskoczeniu nic nie wyskoczyło oprócz zdjęcia ratusza. Jeszcze lepiej.
Torbę i plecak wzięłam na ramię. a walizkę do ręki. Byłam gotowa na wszystko (raczej).
Zeszłam na dół, jak gdyby nigdy nic, a rodzice nadal siedzieli w kuchni.
- Kiedy jest pierwszy autobus? - postawiłam walizkę na ziemi i zaczęłam ubierać różowe trampki.
- Kupiliśmy Ci bilet na czternastą - powiedział tata.
- Chce jechać teraz - oznajmiłam - jeśli mnie nie zawieziecie na dworzec, poproszę Donę, aby mnie podwiozła.
Mama cicho westchnęła, wyciągnęła swój telefon i zaczęła sprawdzać.
- Masz na czterdzieści minut, Derek zawieź ją - nazwała tatę po imieniu, więc sprawa była przesądzona.
- Tylko proszę Cię, odzywaj się co parę dni - uśmiechnęła się delikatnie.
Podeszłam do niej i dałam jej buziaka w policzek. To po niej byłam taka zdeterminowana. Zostałam wychowana bezstresowo, dlatego nie ma pomiędzy mną, a rodzicami żadnych zasad oprócz jednej - dawaj znak, że żyjesz i nic Cię nie przejechało.
- Jasne mamo - przytuliłam ją.
- Aria chodź - zawołał tata. Zabrał już moje bagaże. Spojrzałam jeszcze raz na dom i mamę, a potem pobiegłam do auta.

                                                                        ~***~

Nasz dworzec autobusowy był od zawsze w kolorze brązowym, ale rok temu władze miasta postanowiły go przemalować na jasne kolory i teraz wygląda na raj transwestytów ( moja przyjaciółka Dona to wymyśliła, ale to totalnie inna historia).
Czekaliśmy z tatą na autobus.
- Wiesz, że nie musisz tego robić? - zapytał
- No właśnie muszę i tak nie miałam dużego wyboru tato, tak z jednej strony jest mi przykro, ale nic na to nie poradzę - westchnęłam. Objął mnie ramieniem.
- Możesz używać swojej karty kredytowej jak tam będziesz... A ja oddam ci wszystkie pieniądze jakie wydasz.
Widać złapały go wyrzuty sumienia, szybko.
- Szykuj się na to,że wykupię całe miasto - roześmialiśmy się - ale serio przywieźcie mi kubek.
- To ty się odzywaj do nas i pozdrów Arnolda - autobus podjechał, tata chwycił moją walizkę i plecak. Włożył je do luku na bagaże.
- Naprawdę doceniam to jak odważna jesteś - przytulił mnie do siebie na pożegnanie.
- Dzięki tato, odezwijcie się po lądowaniu - pocałowałam go w policzek i wsiadłam do autobusu.
Zajęłam sobie miejsce po środku, przy oknie. Ostatni raz pomachałam tacie, który po chwili odjechał do domu.
 Rozsiadłam się w fotelu, wyciągnęłam telefon i słuchawki. Pora obwieścić Donie, gdzie jadę.

Hej Don, zgadnij gdzie jadę? Nie, nie do Chin. Wymigali się jak zawsze. Fallen Foals. Mój miesięczny cel podróży. Chcesz gałązkę na pamiątkę?? 

Kliknęłam wyślij w momencie, gdy autobus ruszył. Od razu dostałam odpowiedź.

Nawet trzy! Odzew jak dojedziesz. 

Włożyłam słuchawki do uszu i w rytmie Ellie Goulding jechałam przed siebie do trzysta dwadzieścia kilometrów miasta. Odważnie co?

                                                                            ~***~
A tak dla sprostowania - Done poznałam trzy lata temu. Obie miałyśmy najgorszy dzień świata. Ona siedziała na murku w parku, a ja szłam przed siebie z obolałą ręką. Różnica polegała na tym, że ona płakała. Usiadłam obok niej jak gdyby nigdy nic.
- Słaby dzień? - zaczęłam.
- Gorzej - odpowiedziała wycierając oczy swoim swetrem.
- Znam świetną kaloryczną knajpę - rzuciłam.
 I oto tak zaczęła się nasza świetna, burzliwa znajomość pełna jedzenia, hormonów i facetów. Za dużej ilości facetów. Ale spoko, złamałyśmy więcej serc (no dobra, ja więcej szczęk i rąk, ale to szczegół). Grunt,że to normalna, chora przyjaźń.
Nie wiem co bym bez niej zrobiła.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Na wstępie

Ta historia już od dawnego czasu we mnie siedziała, ale jak widać potrzebowała ona czasu, zrozumienia oraz moich własnych przemyśleń, aby mogła zostać przelana na papier (czy na bloga).
Mam nadzieję,że każdy znajdzie w niej cząstkę zrozumienia i zaspokojenia swoich literackich pragnień i marzeń. Dużo mnie kosztowało i będzie kosztować podzielenie się z wami tą historią, ale jednak odważyłam się.
Oczekuje krytyki- jeśli na nią zasłużę. Oraz pochwał - ta sama zasada co z krytyką.
Wszystko przyjmę sobie do serca, ale pamiętajmy - jestem amatorką i jeszcze przez bardzo długi czas będę. I jakoś nie mam z tym problemu :)

XOXO